Pierwszy raz od blisko 7 lat mam własne mieszkanie. Nie namiot, nie hamak, nie pokój hostelowy, nie pokój przy rodzinie, nie pokój w mieszkaniu wynajmowanym z kimś do spółki, tylko absolutnie własne i tylko moje mieszkanie. Wynajęłam je z takim samym idiotycznym wielkopańskim gestem jak wieki temu kupiłam w Lądku wiśniowy, skórzany płaszcz do kostek, który kosztował więcej niż moja  ówczesna pensja w Warner Music (faktem jest, że w owych dobrych czasach w dziale promocji w WMP płacili mniej niż warzywniaku).  Płaszczyk po 3 latach stracił politurę, pomalowanie go okazało się być bezdennie głupim pomysłem, po którym zaczął przypominać szmatę, za to do dziś jest moim największym szaleństwem finansowym w kategorii ciuchy. Teraz najwyraźniej nadszedł czas na szaleństwa finansowe w kategorii mieszkania.

Pierwsze sygnały pojawiły się rok temu kiedy z w kilka godzin z Rzynsonem zawyżyłyśmy nasz budżet przeznaczony na ucieczkę z hostelu Jose Antonio,  z 200 soli do prawie 450 od łba. A może nawet zrobiłyśmy to w 20 minut, tak zaraz po wyjściu z wielkiego mieszkania na Calle Hospital, które jeszcze dwa dni wcześniej było zajęte przez dwóch Francuzów na wolontariacie, których nigdy przedtem na oczy nie widziałyśmy, bo chłopaki nie tańczyły salsy i szwendały się raczej po pubach niż po clubach, ale za to kolegowali się z Renato, który mieszkał po przeciwnej stronie ulicy, i z którym Kaśka się spotkała pod kościołem San Pedro by obejrzeć pokój w jego mieszkaniu (to nie eufemiz, pokój był do wynajęcia). Renato nieopatrznie przedstawił Rzynę Żabojadom, zaszli do chłopaków na górę i tak stracił klientelę. A my zyskałyśmy najgenialne mieszkanie ever, które było wygodne i wystarczająco duże nie tylko na nasze potrzeby ale też dla wszystkich gości koczujących na ortopedycznej sofce w livingu. Piękne czasy, aż łza się oku kręci…

Bezpowrotnie minęły kiedy Kaśka po pół roku opowiadania jak to szuka po necie taniego biletu do Europy, kiedy już już zaczynałam mieć nadzieję, że zrobi się z tego kolejny rok w AmPd razem, wzięła i zakupiła ten cholerny bilet i wyjechała. Zostawiając mnie ze złamanym sercem po tym niecnym porzuceniu i bez mieszkania, bo na Calle Hospital w pojedynkę nie było mnie stać, a wtedy się praktycznie nie zadawałam z Gringos, którzy są jedynymi mieszkańcami (acz tymczasowymi) Cusco, których stać na mieszkanie za 250$. Tak, tak, ja wiem ile kosztuje mieszkanie w Warszawie, ale jak kiedyś zgodziłam się robić publicity dla Bullfrogs to przez miesiąc zapłacili mi tyle ile w Polsce zarabiałam w 2 czy 3 dni, więc proszę nie dawać komantarzy jak tanio tylko se porównać.  A właściwie to nawet tego  nie zapłacili bo po donosie sąsiada co ma hotel i goście mu narzekali na głośną muzę z knajpy, lounge&bar został tymczasowo zamknięty, a do pretekstu posłużył fakt, że od półtora roku działał bez jakichkowliek papierów czy licencji (to rzeczywiście pretekst bo większość knajp i klubów w Cusco tak działa). Po kilku tygodniach załatwiania papierów (czyt. dawania łapówek)Bullfrogsa otwarto i zorganizowano na tę cześć huczną imprezę. Kiedy trwała w najlepsze, do lokalu pełnego turystów przez okno w kiblu wrzucono bombę dymną (na szczęście nikomu nic się nie stało a ta metoda  walki z konkurencją nie rozprzestrzeniła się po mieście, poza pojedynczym przypadkiem w Mythology). Tak więc chłopaki nigdy nie miały kasy  i do dziś mi wiszą 1/3 tej pensji. Najzabawniejsze jest to, że mój były szef z uporem maniaka nieustannie mnie namawia bym pracowała a to w jego knajpie a to w jego hotelu, i za każdym razem nasza rozmowa wygląda mniej więcej tak:

Ja (po usłyszeniu propozycji) – Willie, wiesz, że cię lubię i praca w Bullfrogs była fajna, ale stary, ty mi nadal wisisz 1/3 pensji, no pomyśl jak ja mogę dla Ciebie pracować?
Willie (bezbrzeżnie zdziwiony) – En serio? Nie zapłaciliśmy ci? Pucha… Ile?
Ja (nieco rozbawiona, nieco zrezygnowana) – No naprawdę. Wisicie mi za tydzień.
Willie (wcielenie niewinności) – Pucha… disculpame Kasia, strasznie mi głupio, nie miałem pojęcia! Jeszcze dziś pogadam z Barbie, żeby ci zapłacił. (Barbie to wbrew a może właśnie zgodnie z ksywą najsłynniejszy gej i drag queen w Cusco. Podobno w Limie też.) Albo sama wpadnij dziś do baru i z nim pogadaj.
Ja (z odrobiną urażonej primadonny w głosie) – Willie, nie jestem przyzwyczajona, żeby się dopominać o moją pensję. W moim kraju zawsze się płaci na czas (tu akurat niecnie łżę, w końcu mam przyjaciół pracujących dla warszawskiego wydawnictwa które potrafi opóźniać pensje i o pół roku) i dla mnie  to jest upokarzające,żebym miała chodzić i prosić o coś co mi się należy.
Willie (udający zakłopotanego) – pucha… claro, tienes razon… Kasia dziś z nim pogadam i na pewno w tym tygodniu będziesz miała swoją kasę. Przepraszam cię że tak wyszło, wiesz że jestem zajęty i roztrzepany, obiecuję ci że to naprawimy. To co, będziemy pracować?
Ja (z oporami, bo jeszcze się nie nauczyłam swobodnie kłamać) – daj mi pomyśleć. Jutro do ciebie zadzwonię.

Taką rozmowę przeprowadzamy mniej więcej raz na miesiąc. Ja, zgodnie z peruwiańskim zwyczajem udaję, że mu wierzę, że mi zapłaci, a on udaje że mi wierzy, że pomyślę i zadzwonię. W tym kraju te same rzeczy cię zachwycają i doprowadzają do szału jednocześnie.

No, ale nie miało być o pracy tylko o mieszkaniu. Więc jest na San Blas, z genialnym widokiem na czerwone dachówki miasta rozpościerającego się w dolinie, jest malutkie, śliczne, w stylu rustykalnym, za drogie na moją kieszeń i absolutnie warte tej kasy. Na luty się wynoszę do Limy i zwalniam chałupę więc jakby ktoś chciał to odnajmę na miesiąc i przejmę od marca. A jak nie będzie chętnych (lepiej, żeby nie było bo zbankrutuję)  to czeka mnie szukanie nowej chaty. To będzie moja 10a czy 11a przeprowadzka w Cusco, pucha…