Pod koniec stycznia Ruda, w ramach 3-letniej już tradycji, opuściła spływające zimnym deszczem Cusco i udała się na wakacje do ciepłych miejsc. Głównie miały to być brazylijskie plaże, ale ponieważ Ruda wykazała się kompletnym frajerstwem w doborze travel-mejtki więc na brazylijskich plażach spędziła dni pięć. Z czego trzy dopiero po porzuceniu travel-mejtki w Rio.

O travelmejtce jeszcze się pewnie rozpiszę by oddać pełen hołd postaci, którą w jednej minucie się wielbi, a w drugiej ma ochotę zaciukać tępą siekierą. Ale na razie, już po powrocie z podróży, która, na marginesie, doprowadziła mnie do  finansowej ruiny (Że Rio de Janeiro przewyższa Warszawę po wieloma względami to chyba oczywiste. Niestety cenami również.), głównie zajmuję się kompletowaniem listy plusów i minusów poznanych miejsc pod kątem wyprowadzki na mniej lub bardziej stałe. W mniej lub bardziej odległej przyszłości.

Takie Rio ma na przykład same plusy i tylko jeden minus – niby jak się do cholery tam utrzymać na przyzwoitym poziomie przy jednoczesnym nie przepracowywaniu się?

Takie Cusco z kolei jest 100% odwrotnością Rio.

(Tu przemawia przeze mnie zgorzkniałość expata, który pewnego dnia budzi się i ze zdumieniem odkrywa, że w tych Andach to cholera brakuje błękitnego morza, białych plaż i dzikich upałów. I, umówmy się, paru innych elementów. Sorry, Cusco.)

Jest jednak jeden gigantyczny plus mieszkania w stolicy Inków i być może właśnie to jest ten ukryty głęboko w mej podświadomości powód dla którego tak długo tu siedzę. (gwoli formalności, by nie kusić tych co tak lubią oceniać moją osobę przez pryzmat tych notek – TO ŻART.)

Uważni czytelnicy mojego bloga (o ile jeszcze tu zaglądają), zapewne zauważyli, że do wiotkich osób nie należę. Lubię jeść i to po mnie widać. Do tego matka natura wyposażyła mnie w tzw grube kości i choćbym głodowała całe życie, to jak modelka wyglądać nie będę, no chyba że taka z pisma „Super Linia”. Oczywiście Latynosi i ich uwielbienie dla wielkiego tyłka bardzo pomogli w zaakceptowaniu własnych krągłości, ale dopiero Cusco okazało się miejscem idealnym. Otóż, proszę państwa jest to jedyne miejsce na świecie gdzie mogę żreć co chcę i w każdej ilości. I nie tyję. A wręcz przeciwnie, ciągle systematycznie chudnę. (mam z czego więc na razie się nie martwię co zrobię gdy proces się będzie przeciągał). Jasne, że w tym mieście brakuje takich frykasów jakie w Argentynie czy Brazylii są na każdym kroku (lodziarnia YOMO w Rosario… na śniadanie, obiad i kolację. I jeszcze z dostawą do domu o 2ej w nocy przed wyjściem na imprezę…), ale umówmy się, pie de limon czy torta selva negra są jechane każdego dnia. I nic. Chudnę.

Rzynson miała dość skomplikowaną teorię, związaną z innym ciśnieniem na wysokości (3 300 m npm) i tym samym rozluźnieniem wewnętrznych narządów, które to miało powodować szybszą przemianę materii. Inna wersja, klarowana mi przez niektórych tubylców, tłumaczy, że na wysokości ciało ludzkie potrzebuje dużo więcej energii, znaczy się trzeba jeść dwa razy tyle co na poziomie morza. (Co na pewno wyjaśnia dlaczego wszystkie chole i w Boliwii i w Peru od bioder do głowy przypominają otłuszczony walec). Ja się składam do opcji mieszanej, że rzeczywiście na wysokości przemiana materii jest szybsza, i owszem potrzebujemy też więcej energii, ale największy efekt daje wysiłek fizyczny na wysokości. Na poziomie morza mogłam sobie pływać godzinami, aerobikować się i bóg wie co jeszcze i nigdy nie zauważyłam wpływu aktywności fizycznej na moją wagę, co najwyżej na kształt. A w Cusco proszę bardzo, dwie godzinki salsy dziennie i niemalże driadę przypominam. Albo taki Sałata, który od 25ego roku życia obnosił obwisłego nieco maćka, po dwóch miesiącach pracy na budowie (niewiarygodne jaką motywacją może być wyjazd do Holandii;) nagle się zrobił szczupak.

Zanim jednak wszystkie damy mające odwieczny problem z nadwagą rzucą się szturmować agencje podróży, należy wspomnieć drugą stronę medalu.

Suche jak pieprz powietrze. Litry kremow i balsamów wmasowywane po kilka razy dziennie w pergaminową skórę, która gdy tylko zjechać do dżungli czy na nad morze natychmiast aksamitnie się wygładza. Zmarszczki, które złowieszczo się wyostrzają dzień po powrocie na wysokość. Wszystkie znajome mi Europejki mieszkające w Cusco od 10 czy więcej lat wyglądają zdecydowanie starzej niż ich rówieśnice, żyjące w strefie dającej jakąś wilgoć w powietrzu. Tutaj nawet jak leje przez 3 miechy to i tak powietrze jest suche i po kąpieli jak się nie posmarujesz to skóra niemal pęka przy próbie uśmiechu.

Znaczy się albo będę młodzieńczą grubaską w tropikach albo szczupłą staruchą w Andach. Osiołkowi, kurna, w żłoby dano…