rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy, których autorem jest Julia

No to Peru wybrało i ma przewalone. W dzisiejszych wyborach prezydenckich do drugiej tury zakwalifikowali się dwaj najgorsi kandydaci z liczących się pięciu.
 
Ollanta Humala prezentuje skrajną lewicę i wspierają go takie typy jak Hugo Chavez i Evo Morales. Co prawda Humala jest dość dobrze wykształconym kolesiem i takich debilizmów jak prezydenci Wenezueli i Boliwii raczej wygadywać nie będzie, ale za to ma skrajne poglądy, min gada o zmianie konstytucji i upaństwowieniu wszystkiego co się dopiero co sprywatyzowało i raczej oczywista jest droga, którą zamierza pójść. Nie wiadomo tylko jak daleko jest na niej gotów zajść. Jeśli tak daleko jak Chavez to ja serdecznie współczuję Peruanos. Humala osiągnął najlepszy wynik ze wszystkich kandydatów i winą za to należy obciążyć rzesze skorumpowanych polityków, którzy przez ostatnie ileś lat rządzili w Peru. Ludzie są zmęczeni nieustannymi aferami korupcyjnymi, wyprzedawaniem kraju i jego bogactw innym krajom i preferencjom dawanym zagranicznym inwestorom. Ollanta obiecuje to ukrócić i tym zyskał wielu zwolenników, którzy nie patrzą na drugą stronę medalu.

Keiko Fujimori to jeszcze lepsza postać. Laska ma raptem 35 lat i jest córką byłego prezydenta i dyktatora Peru, Alberto Fuijmori, który siedzi w pierdlu, skazany na 25 lat za łamanie praw człowieka i wydanie rozkazów, w wyniku których zginęła niewinna ludność cywilna i tychże śmierci i ich okoliczności ukrywanie. Faktem jest, że Fujimori zniszczył terroryzm, który panował w Peru. Porządek zaprowadził jednak drastycznymi metodami, nie przejmując się stratami ubocznymi w ludziach nie mających z terroryzmem nic wspólnego, jak indiańscy wieśniacy, których wybijali i terroryści i żołnierze Fujimori. Była też masakra studentów, oskarżonych o terroryzm bo mieli wywrotowe książki. Były straszliwe łapówy dawane sędziom, dziennikarzom i innym ważniakom, niektóre z nich zostały nagrane ukrytą kamerą co przyczyniło się do upadku dyktatora, który wykorzystując swe podwójne obywatelstwo zwiał do Japonii gdzie dostał azyl. Idiota pojechał kilka lat później na wycieczkę do Chile co skończyło się ekstradycją i teraz siedzi w pierdlu. Jego córka, która została oficjalnie Pierwszą Damą, gdy miała 19 lat, a jej matka rozwiodła się z ojcem oskarżając go publicznie o nadużywanie władzy, korupcję oraz o tortury cielesne (sic!), ma teraz duże szanse zostać prezydentem. W krótkim przemówieniu, podsumowującym debatę kandydatów na prezydenta tydzień temu, dumnie oświadczyła, że to co oferuje Peru to FUJIMORIZM. To tak jakby jakiś potomek Hitlera oferował w swym programie politycznym faszyzm. Ok, nie aż tak, ogrom zbrodni Hitlera jest nieporównywalny. On był szaleńcem a Fujimori po prostu chciwym skurwysynem. Który teraz będzie rządził z więzienia przez swoją córkę. Dlaczego ludzie na nią głosują? Fujimori wykonał kilka popisowych aktów miłosierdzia wobec najbiedniejszych i najgorzej wykształconych Peruanos. Oni pamiętają darmową owsiankę a nie zamordowanych niewinnych ludzi.

Głosy rozsądnych Peruanos rozłożyły się pomiędzy trzech kandydatów, PPK, Toledo i Castanedę. Od kilku tygodni w mediach panowała panika, że do drugiej tury może nie przejść żaden z nich, i potem kraj będzie między młotem a kowadłem. Jest dużo głosów, że histeria mediów (którą w pełni rozumiem) i jej czasami niewybredne ataki (co rozumiem mniej) przyczyniły się do wzrastającej popularności Humali. Coraz częściej kombinowano na kogo tu głosować by nie było tego zderzenia w drugiej turze Keiko-Humala. I chyba przekombinowali wszyscy. A teraz połowa moich peruwiańskich znajomych twierdzi, że czas pakować walizki. Tyle, że z peruwiańskim paszportem nie bardzo jest dokąd zwiewać…

PS MArio Vargas LLosa wypowiedział się, że druga tura z Humalą i Keiko to będzie jak wybór pomiędzy rakiem lub Aids…

Pod koniec stycznia Ruda, w ramach 3-letniej już tradycji, opuściła spływające zimnym deszczem Cusco i udała się na wakacje do ciepłych miejsc. Głównie miały to być brazylijskie plaże, ale ponieważ Ruda wykazała się kompletnym frajerstwem w doborze travel-mejtki więc na brazylijskich plażach spędziła dni pięć. Z czego trzy dopiero po porzuceniu travel-mejtki w Rio.

O travelmejtce jeszcze się pewnie rozpiszę by oddać pełen hołd postaci, którą w jednej minucie się wielbi, a w drugiej ma ochotę zaciukać tępą siekierą. Ale na razie, już po powrocie z podróży, która, na marginesie, doprowadziła mnie do  finansowej ruiny (Że Rio de Janeiro przewyższa Warszawę po wieloma względami to chyba oczywiste. Niestety cenami również.), głównie zajmuję się kompletowaniem listy plusów i minusów poznanych miejsc pod kątem wyprowadzki na mniej lub bardziej stałe. W mniej lub bardziej odległej przyszłości.

Takie Rio ma na przykład same plusy i tylko jeden minus – niby jak się do cholery tam utrzymać na przyzwoitym poziomie przy jednoczesnym nie przepracowywaniu się?

Takie Cusco z kolei jest 100% odwrotnością Rio.

(Tu przemawia przeze mnie zgorzkniałość expata, który pewnego dnia budzi się i ze zdumieniem odkrywa, że w tych Andach to cholera brakuje błękitnego morza, białych plaż i dzikich upałów. I, umówmy się, paru innych elementów. Sorry, Cusco.)

Jest jednak jeden gigantyczny plus mieszkania w stolicy Inków i być może właśnie to jest ten ukryty głęboko w mej podświadomości powód dla którego tak długo tu siedzę. (gwoli formalności, by nie kusić tych co tak lubią oceniać moją osobę przez pryzmat tych notek – TO ŻART.)

Uważni czytelnicy mojego bloga (o ile jeszcze tu zaglądają), zapewne zauważyli, że do wiotkich osób nie należę. Lubię jeść i to po mnie widać. Do tego matka natura wyposażyła mnie w tzw grube kości i choćbym głodowała całe życie, to jak modelka wyglądać nie będę, no chyba że taka z pisma „Super Linia”. Oczywiście Latynosi i ich uwielbienie dla wielkiego tyłka bardzo pomogli w zaakceptowaniu własnych krągłości, ale dopiero Cusco okazało się miejscem idealnym. Otóż, proszę państwa jest to jedyne miejsce na świecie gdzie mogę żreć co chcę i w każdej ilości. I nie tyję. A wręcz przeciwnie, ciągle systematycznie chudnę. (mam z czego więc na razie się nie martwię co zrobię gdy proces się będzie przeciągał). Jasne, że w tym mieście brakuje takich frykasów jakie w Argentynie czy Brazylii są na każdym kroku (lodziarnia YOMO w Rosario… na śniadanie, obiad i kolację. I jeszcze z dostawą do domu o 2ej w nocy przed wyjściem na imprezę…), ale umówmy się, pie de limon czy torta selva negra są jechane każdego dnia. I nic. Chudnę.

Rzynson miała dość skomplikowaną teorię, związaną z innym ciśnieniem na wysokości (3 300 m npm) i tym samym rozluźnieniem wewnętrznych narządów, które to miało powodować szybszą przemianę materii. Inna wersja, klarowana mi przez niektórych tubylców, tłumaczy, że na wysokości ciało ludzkie potrzebuje dużo więcej energii, znaczy się trzeba jeść dwa razy tyle co na poziomie morza. (Co na pewno wyjaśnia dlaczego wszystkie chole i w Boliwii i w Peru od bioder do głowy przypominają otłuszczony walec). Ja się składam do opcji mieszanej, że rzeczywiście na wysokości przemiana materii jest szybsza, i owszem potrzebujemy też więcej energii, ale największy efekt daje wysiłek fizyczny na wysokości. Na poziomie morza mogłam sobie pływać godzinami, aerobikować się i bóg wie co jeszcze i nigdy nie zauważyłam wpływu aktywności fizycznej na moją wagę, co najwyżej na kształt. A w Cusco proszę bardzo, dwie godzinki salsy dziennie i niemalże driadę przypominam. Albo taki Sałata, który od 25ego roku życia obnosił obwisłego nieco maćka, po dwóch miesiącach pracy na budowie (niewiarygodne jaką motywacją może być wyjazd do Holandii;) nagle się zrobił szczupak.

Zanim jednak wszystkie damy mające odwieczny problem z nadwagą rzucą się szturmować agencje podróży, należy wspomnieć drugą stronę medalu.

Suche jak pieprz powietrze. Litry kremow i balsamów wmasowywane po kilka razy dziennie w pergaminową skórę, która gdy tylko zjechać do dżungli czy na nad morze natychmiast aksamitnie się wygładza. Zmarszczki, które złowieszczo się wyostrzają dzień po powrocie na wysokość. Wszystkie znajome mi Europejki mieszkające w Cusco od 10 czy więcej lat wyglądają zdecydowanie starzej niż ich rówieśnice, żyjące w strefie dającej jakąś wilgoć w powietrzu. Tutaj nawet jak leje przez 3 miechy to i tak powietrze jest suche i po kąpieli jak się nie posmarujesz to skóra niemal pęka przy próbie uśmiechu.

Znaczy się albo będę młodzieńczą grubaską w tropikach albo szczupłą staruchą w Andach. Osiołkowi, kurna, w żłoby dano…

Pierwszy raz od blisko 7 lat mam własne mieszkanie. Nie namiot, nie hamak, nie pokój hostelowy, nie pokój przy rodzinie, nie pokój w mieszkaniu wynajmowanym z kimś do spółki, tylko absolutnie własne i tylko moje mieszkanie. Wynajęłam je z takim samym idiotycznym wielkopańskim gestem jak wieki temu kupiłam w Lądku wiśniowy, skórzany płaszcz do kostek, który kosztował więcej niż moja  ówczesna pensja w Warner Music (faktem jest, że w owych dobrych czasach w dziale promocji w WMP płacili mniej niż warzywniaku).  Płaszczyk po 3 latach stracił politurę, pomalowanie go okazało się być bezdennie głupim pomysłem, po którym zaczął przypominać szmatę, za to do dziś jest moim największym szaleństwem finansowym w kategorii ciuchy. Teraz najwyraźniej nadszedł czas na szaleństwa finansowe w kategorii mieszkania.

Pierwsze sygnały pojawiły się rok temu kiedy z w kilka godzin z Rzynsonem zawyżyłyśmy nasz budżet przeznaczony na ucieczkę z hostelu Jose Antonio,  z 200 soli do prawie 450 od łba. A może nawet zrobiłyśmy to w 20 minut, tak zaraz po wyjściu z wielkiego mieszkania na Calle Hospital, które jeszcze dwa dni wcześniej było zajęte przez dwóch Francuzów na wolontariacie, których nigdy przedtem na oczy nie widziałyśmy, bo chłopaki nie tańczyły salsy i szwendały się raczej po pubach niż po clubach, ale za to kolegowali się z Renato, który mieszkał po przeciwnej stronie ulicy, i z którym Kaśka się spotkała pod kościołem San Pedro by obejrzeć pokój w jego mieszkaniu (to nie eufemiz, pokój był do wynajęcia). Renato nieopatrznie przedstawił Rzynę Żabojadom, zaszli do chłopaków na górę i tak stracił klientelę. A my zyskałyśmy najgenialne mieszkanie ever, które było wygodne i wystarczająco duże nie tylko na nasze potrzeby ale też dla wszystkich gości koczujących na ortopedycznej sofce w livingu. Piękne czasy, aż łza się oku kręci…

Bezpowrotnie minęły kiedy Kaśka po pół roku opowiadania jak to szuka po necie taniego biletu do Europy, kiedy już już zaczynałam mieć nadzieję, że zrobi się z tego kolejny rok w AmPd razem, wzięła i zakupiła ten cholerny bilet i wyjechała. Zostawiając mnie ze złamanym sercem po tym niecnym porzuceniu i bez mieszkania, bo na Calle Hospital w pojedynkę nie było mnie stać, a wtedy się praktycznie nie zadawałam z Gringos, którzy są jedynymi mieszkańcami (acz tymczasowymi) Cusco, których stać na mieszkanie za 250$. Tak, tak, ja wiem ile kosztuje mieszkanie w Warszawie, ale jak kiedyś zgodziłam się robić publicity dla Bullfrogs to przez miesiąc zapłacili mi tyle ile w Polsce zarabiałam w 2 czy 3 dni, więc proszę nie dawać komantarzy jak tanio tylko se porównać.  A właściwie to nawet tego  nie zapłacili bo po donosie sąsiada co ma hotel i goście mu narzekali na głośną muzę z knajpy, lounge&bar został tymczasowo zamknięty, a do pretekstu posłużył fakt, że od półtora roku działał bez jakichkowliek papierów czy licencji (to rzeczywiście pretekst bo większość knajp i klubów w Cusco tak działa). Po kilku tygodniach załatwiania papierów (czyt. dawania łapówek)Bullfrogsa otwarto i zorganizowano na tę cześć huczną imprezę. Kiedy trwała w najlepsze, do lokalu pełnego turystów przez okno w kiblu wrzucono bombę dymną (na szczęście nikomu nic się nie stało a ta metoda  walki z konkurencją nie rozprzestrzeniła się po mieście, poza pojedynczym przypadkiem w Mythology). Tak więc chłopaki nigdy nie miały kasy  i do dziś mi wiszą 1/3 tej pensji. Najzabawniejsze jest to, że mój były szef z uporem maniaka nieustannie mnie namawia bym pracowała a to w jego knajpie a to w jego hotelu, i za każdym razem nasza rozmowa wygląda mniej więcej tak:

Ja (po usłyszeniu propozycji) – Willie, wiesz, że cię lubię i praca w Bullfrogs była fajna, ale stary, ty mi nadal wisisz 1/3 pensji, no pomyśl jak ja mogę dla Ciebie pracować?
Willie (bezbrzeżnie zdziwiony) – En serio? Nie zapłaciliśmy ci? Pucha… Ile?
Ja (nieco rozbawiona, nieco zrezygnowana) – No naprawdę. Wisicie mi za tydzień.
Willie (wcielenie niewinności) – Pucha… disculpame Kasia, strasznie mi głupio, nie miałem pojęcia! Jeszcze dziś pogadam z Barbie, żeby ci zapłacił. (Barbie to wbrew a może właśnie zgodnie z ksywą najsłynniejszy gej i drag queen w Cusco. Podobno w Limie też.) Albo sama wpadnij dziś do baru i z nim pogadaj.
Ja (z odrobiną urażonej primadonny w głosie) – Willie, nie jestem przyzwyczajona, żeby się dopominać o moją pensję. W moim kraju zawsze się płaci na czas (tu akurat niecnie łżę, w końcu mam przyjaciół pracujących dla warszawskiego wydawnictwa które potrafi opóźniać pensje i o pół roku) i dla mnie  to jest upokarzające,żebym miała chodzić i prosić o coś co mi się należy.
Willie (udający zakłopotanego) – pucha… claro, tienes razon… Kasia dziś z nim pogadam i na pewno w tym tygodniu będziesz miała swoją kasę. Przepraszam cię że tak wyszło, wiesz że jestem zajęty i roztrzepany, obiecuję ci że to naprawimy. To co, będziemy pracować?
Ja (z oporami, bo jeszcze się nie nauczyłam swobodnie kłamać) – daj mi pomyśleć. Jutro do ciebie zadzwonię.

Taką rozmowę przeprowadzamy mniej więcej raz na miesiąc. Ja, zgodnie z peruwiańskim zwyczajem udaję, że mu wierzę, że mi zapłaci, a on udaje że mi wierzy, że pomyślę i zadzwonię. W tym kraju te same rzeczy cię zachwycają i doprowadzają do szału jednocześnie.

No, ale nie miało być o pracy tylko o mieszkaniu. Więc jest na San Blas, z genialnym widokiem na czerwone dachówki miasta rozpościerającego się w dolinie, jest malutkie, śliczne, w stylu rustykalnym, za drogie na moją kieszeń i absolutnie warte tej kasy. Na luty się wynoszę do Limy i zwalniam chałupę więc jakby ktoś chciał to odnajmę na miesiąc i przejmę od marca. A jak nie będzie chętnych (lepiej, żeby nie było bo zbankrutuję)  to czeka mnie szukanie nowej chaty. To będzie moja 10a czy 11a przeprowadzka w Cusco, pucha…


Boże Narodzenie w Cusco jest całkiem fajne. A może po prostu na starość nabieram niezdrowego sentymentu do tradycji. Choinki nie mam, ale w ramach zaakcentowania Świąt zakupiłam paneton, opakowany w puszkę z rysunkami bałwanków ubierających choinkę. Paneton to coś rodzaju keksa tudzież babki piaskowej nadziewanej orzechami i rodzynkami w wersji bogatszej i glutowatymi kawałkami galaretek w wersji dla biedaków. Wszyscy znani mi Peruanos utrzymują, że paneton jest jakimś niewypowiedzianym frykasem, i generalnie Święta bez panetonu to nie Święta. Tę teorię potwierdzają gigantyczne wieże ustawiane z panetonów w każdym sklepie od tygodnia czy dwóch, w ilościach zapewniających przetrwanie miasta w wypadku 5-letniego oblężenia.

W zeszłym roku otrzymałyśmy z Katarzyną w pracy po takim panetonie (w zależności od zamożności pracodawcy i pozycji pracownika dostaje się na Gwiazdkę mnejszy lub większy zestaw. Może to być smętny paneton z przyklejoną czekoladą – uwaga, do rozpuszczania a nie do jedzenia! – albo wielka plastikowa miska napchana gigantyczną stertą przysmaków). Śliniłyśmy się do nich przez kilka dni, ale dzielnie postanowiłyśmy dowieźć je nietknięte na kolację Wigilijną wyprawianą przez Mojżesza.

Jak na każdej oficjalnej i ważnej imprezie w Peru, na kolacji znowu zdychałyśmy z głodu. Zaproszenie i owszem było od 19ej, stół zastawiony, dodatkowe potrawy wspólnie przygotowywane, ale okazało się, że lokalna tradycja pozwala jeść dopiero o północy. Dla biednych Polek które przyjechały o 20ej z pustymi żołądkami była to gorsza tortura niż słuchanie kolęd w wykonaniu Violetty Villas.


Pomimo głodu impreza była wyjątkowo udana a kiedy nadszedł czas jedzenia to nawet skonsumowałam pieczonego indyka, który okazał się być daniem głównym i nie było, że boli czy że nie jem mięsa. Tragedia nastąpiła dopiero gdy pokroiliśmy panetony i każdy wbił się zębami w swoją porcję. Panowie pomrukiwali z zachwytu a my z Kaśką miałyśmy kolejne w życiu 100% porozumienie bez słow. Co za świństwo!.  Bo tez i paneton jest kompletnym ohydztwem, zestarzałym ciastem pełnym konserwantów i sztucznych smaków, zresztą jak ma smakować ciasto które ma kilka miesięcy ważności?? Oczywiście wszyscy znajomi lokalesi twierdzą, że to musiała być jakaś nędzna marka i paneton JEST wyśmienity. Przez rok nie miałam ochoty z tym dyskutowac ale dziś zakupiłam ponoć najlepszy paneton firmy Donofrio i jutro zobaczymy. Jedno wiem, przed wyjściem na przyjęcie świąteczne zjem porządną kolację w domu.

FELIZ NAVIDAD!!!


No dobra, może już czas potwierdzić to, co wszyscy i tak już wiedzą. Straciłam serce do tego bloga. Inspiracji i tematów nie brak, ale chęci i owszem bardzo. Bo to głównie o chęci chodzi, motywacja nigdy nie była mi potrzebna, a brak czasu to zawsze mniej lub bardziej nędzna wymówka.

Więc chcę przeprosić wszystkich, którzy czekają i systematycznie tu zaglądają.

Nie będę obiecywać, że napiszę kiedyś ciąg dalszy poniższej notki (a miała mieć jakże wymowny – acz tylko dla tych co zawarli bliższą znajomość z peruwiańskim nadmorskich ptactwem – tytuł ‘morza szum, ptaków chrum’, bo z tych obietnic nigdy nic nie wynika. I nie mam pojęcia kiedy popełnię kolejną notkę i czy będzie to w tym roku. I to nie jest brak szacunku dla Was, bo ja go mam i do tego jeszcze dużą dawkę wdzięczności za wszystkie komplementa, które mi przez te lata prawiliście, słowa wsparcia oraz obrony przed co wredniejszymi czytelnikami i ich komentarzami.

To nie jest żadne pożegnanie, bo na pewno coś tam jeszcze skrobnę, więc nie będę się bawiła w drama queen bo tego jest dość w mym latynoskim życiu he he.

Ale umówmy się, że nie będę was zalewała moją pisaniną w ilościach przesadnych a Wy to zrozumiecie i wybaczycie.

PS a tak w ogóle to życie w Cusco jest przednie i datę wyjazdu przełożyłam na listopad, więc jak ktoś się wybiera w okolice i chciałby mi na przykład przywieźć dary z ojczyzny to niech daje znaka. W zamian służę informacjami (z reguły sprawdzonymi) i radami (jakże często trafnymi). Besos y abrazos

Kiedy wróciłam z rodzinnych wakacji w Meksyku, (które jak to rodzinne wakacje nie obfitowały w imprezy, pomijając dwie ostatnie noce, które przetańczyłam z moim kumplem z Peru w najlepszych klubach salsy, w jakich do tej pory byłam, z kubańskimi kapelami grającymi na żywo – po tym doświadczeniu nie ma takiej opcji żebym sobie odpuściła wyspę jak wulkan gorącą), więc kiedy wróciłam do Cusco od pierwszego dnia zaczęło się imprezowanie. Najpierw było oblewanie mojego powrotu, potem było oblewanie powrotu Cindy, która ambitnie upierając się, że będzie podróżować, wytrzymała w Limie 3 doby i hyhy wróciła. (Cindy to nasza trzecia połówka, z którą przebalowałyśmy trzy miechy w zeszłym roku, więc reaktywacja naszej trójcy była swego rodzaju wydarzeniem.  Nie tylko, hehe,  dla nas.) Po wyjeździe Cindy, oblanym krwawymi łzami (zaznaczmy, że nie tylko przez nas) odpoczęłyśmy może ze dwa wieczory, po czym zaczęło się podejmowanie Lachmana, który co tu kryć, okazał się być The Best Lachmanem Ever (przepraszam wszystkich podróżujących rodaków, ale taka jest prawda). Acz łikendzik z tym panem wykończył nas tak, że musiałyśmy się udać na długie wakacje. (ja już się boję co będzie jak uda mi się Lachmana namówić na ponowną wizytę w lipcu)

Pretekst do wyjazdu kręcił się już od kilku tygodni, jako że Katarzynie wygasła pieczątka w paszporcie. Plan był układany od wieków, że udamy się po nowy stempel mało oryginalnie do Boliwii, przy okazji odwiedzając Isla Del Sol na jeziorze Titikaka. Jednak w dniu planowanego wyjazdu obudziłyśmy się pod czarnym od chmurzysk niebem, przy akompaniamencie ogłuszających strug deszczu bębniących o wszystko co się da. A Isla Del Sol, wbrew swej nazwie nie zawsze jest pełna słońca, zwłaszcza w porze deszczowej.
– To może jednak pojedźmy do Ariki? – zapytałam Rzynkę nieśmiało.
– Myślę od tym odkąd się obudziłam i wyjrzałam za okno.

I tak decyzja o zmianie planu została podjęta. Tegoż wieczoru udałyśmy się w kierunku Chile, gdzie dotarłyśmy po mas o menos 20 godzinach spędzonych w różnych środkach transportu. Podróż była urozmaicona pustynno-górzystymi widokami oraz stopniowym pozbywaniem się odzieży. Gdzieś przed Tacną, odklejając się od siedzenia westchnęłam ‘kurwa jak gorąco’, na co Rzynka jadowicie parsknęła ‘mam ci już kupić bilet do Cusco?’. Więc się zamknęłam, bo w końcu po gorąc i słońce wyjechałyśmy. Swoją drogą to jest niezły szok jak się wsiada w Cusco gdzie leje i zimno i jeszcze przed samym wyjazdem się odwala aferę o obiecane do autobusu koce, a nad ranem wysiada się w Arekipie gdzie już o 7ej rano można się opalać.

W każdym razie w końcu dojechałyśmy do Ariki, gdzie najbardziej nam się podobał lokalny dżordż, którego cichcem podglądałyśmy w jego ogródku z naszego okna (ja kocham Cusco, ale bynajmniej nie z powodu zamieszkujących go przystojniaków;) oraz genialne widoki na zatokę, port, pustynię i wyrastające z niej ośnieżone szczyty. Po półtorej doby w Chile uznałyśmy, że nam tych atrakcji wystarczy (zwłaszcza, że dżordż nie zwracał na nas uwagi) i zapakowałyśmy się do śmiesznego, składającego się z jednego wagonu pociągu (moim zdaniem napędzanego motorem spalinowym bo pierdział jak zwykły autobus) i przez pustynię wróciłyśmy do naszego ukochanego Peru, na przywitanie dostając do paszportu pieczątki na 180 dni. (to najdłuższy czas pobytu, jaki można dostać, z reguły europejczycy dostają 90 dni). I jak ja mam tego kraju nie kochać, no jak?

Ciąg dalszy, który miał być głównym tematem tej notki, nastąpi.

Jeśli ktoś się wybiera na peruwiańskie wesele to mogę zupełnie za darmochę udzielić mu bezcennej rady:  „Przed wyjściem z domu nażryj się jak świnia”. Co większym głodomorom doradzałabym też zabranie ze sobą tradycyjnego polskiego zestawu typu kanapki z serem i magazynek przeraźliwie woniejących jaj na twardo. Podziękowania i błogosławieństwa za tę radę przyjmuję zaocznie.

Ta bezcenna wiedza wynikająca z wielogodzinnej głodówki, mają swoje źródło w niegdysiejszej pracy na Pirwowej recepcji, kiedy pomagałam Mirian tłumaczyć pewną kartkę od jej narzeczonego z Kanady. Narzeczony ma poczucie humoru z elementami ironii i sarkazmu. Peruwiańczycy, jak wszyscy Latinos, z zasady za ironię i sarkazm obrażają się śmiertelnie. Więc trochę się napracowałam by wytłumaczyć koleżance z pracy, że narzeczony jest git i nie należy go rzucać.

W nagrodę za te wysiłki pół roku później zostałam zaproszona na wesele. W dniu ślubu, bladym świtem, Mirian obudziła mnie rozpaczliwym telefonem, że godzina zaślubin została zmieniona i musimy koniecznie się stawić godzinę wcześniej niż na zaproszeniu. Spędziłam w strefie Latino dość czasu by wiedzieć, że NIGDY i NIGDZIE nie należy przychodzić punktualnie (no chyba, że się umawiam z Enrique, ale jego ojciec jest wojskowym i to chłopaka skrzywiło na całe życie), ale naiwnie założyłam, że ślub to taka bardziej wyjątkowa okazja i może wszystko zacznie się o czasie.

Przez pół godziny siedziałyśmy z Kaśką na schodach pod kościołem, budząc pełne politowania spojrzenia naszymi godnymi wesela strojami, w których wyglądałyśmy cokolwiek idiotycznie w dziennym świetle i pośrodku placu pełnego hipisujących artesanios i bekpakerow. Do tego Chewie dostała tego dnia jakiejś ohydnej infekcji organizmu i wykazywała się żywotnością i rezolutnością zombie, którego IQ jeszcze przed zgonem nie wynosiło więcej niż waga przeciętnie zapasionego kota kastrata.

Po pół godzinie pojawiła się skromna liczebnie ekipa wyelegantowanych gringo, których trafnie wyceniłyśmy na przybyłą z Kanady rodzinę narzeczonego. Po godzinie pojawiło się kilku tubylczych gości. Po półtorej godzinie panna młoda. Po niecałych dwóch godzinach zaczęła się msza. W trakcie mszy powoli spływała reszta gości. Nikt nie wydawał się być ani zdziwiony ani zakłopotany spóźnieniami.

Po mszy, w czasie której ksiądz rozwodził się nad miłością młodych oraz własną, nędzną znajomością angielskiego (która i tak była o kant dupy potłuc bo starsze pokolenie gringos było z Quebeku i po angielsku prawie nie mówiło) byłam już wściekle głodna i nie mogłam się doczekać, kiedy ruszymy na weselisko. Niestety trzeba było oklaskiwać serię pamiątkowych zdjęć i całkiem ładnie przygrywających grajków. Przez jakieś pół godziny, które się dłużyło jak dwie, bo było już w huj zimno jako że w czasie mszy zaszło słońce. Razem ze mną trzęsły się wszystkie Peruwianki w rozgogolonych kreacjach i gołych nogach, godnych nieco większych upałów niż mas o menos +10C. W końcu Sashenka i Maribel wciągnęły nas do taksówki i pojechałyśmy do domu weselnego. Tam czekałyśmy jakieś półtorej godziny na parę młodą, która zgodnie z Cusceńskim zwyczajem objechała wszystkie możliwe atrakcje turystyczne w mieście w celu zrobienia sobie przy nich pamiątkowych fotek. Przez te półtorej godziny przez salę przemknął kelner z tacą pełną mikroskopijnych przekąsek takich na pół małego palca, której każdy gość miał sobie wziąć po jednej. Humory poprawiły nam się dopiero jak roznieśli po szklaneczce Pisco Sour. Co prawda na każdym stole stało wino i rum Jamajka (bosman Nowicki byłby przeszczęśliwy) ale nikt się nie spieszył z ich otwarciem, a ja przyrzekłam sobie, że nie narobię obciachu Mirian, zwłaszcza, że poza maleńką reprezentacją z Kanady byłyśmy jedynymi gringas, więc siłą rzeczy jedną z głównych atrakcji wesela. Z równie wielkim trudem powstrzymałam się przed uszczknięciem z wielkiego tortu w kształcie Ameryki Południowej. A szkoda, bo gdzieś w pierwszej godzinie oczekiwania na parę młodą, z wieży tortu samoistnie zjebały się figurki imitujące nowożeńców, akurat tak nieszczęśliwe by upierdolić kawałek kontynentu.

Kiedy para młoda w końcu zjechała na salony, naiwnie liczyłyśmy, że wreszcie podadzą żarcie. Ponieważ od śniadania nic nie jadłam, więc prawie rzygałam z głodu. Niestety okazało się, że na peruwiańskim weselu zamiast jeść się przemawia. Dżyzusie, przez jakieś 2 czy 3 godziny po kolei wszyscy członkowie rodziny opowiadali jak są szczęśliwi i zaszczyceni, wielu roniło łzy, wszyscy byli wściekle przejęci i przez pierwsze 30 minut całkiem szczerze się uśmiechałam życzliwie i klaskałam. Przez następne 4×30 minut chciało mi się wyć.

Po przemówieniach nadszedł czas na składanie życzeń. Wszyscy goście ustawili się w kolejce do głównego stołu, gdzie stała para młoda wraz całą bliską rodziną, czyli każdy z gości składał życzenia kilkunastu osobom. Gości była jakaś stówka. Tak, dobrze państwo liczą, życzenia trwały zajebiście długo.

Po życzeniach nadszedł czas… Nie, nie na jedzenie. Nadszedł czas na rzucanie bukietu, a raczej jakiegoś zastępczego wiechcia, ponieważ bukiet wybitnej urody Mirian rozsądnie postanowiła zatrzymać. Razem z laskami udawałyśmy przy stole, że nas nie ma, ale panna młoda radośnie nas wywołała po imionach przez mikrofon, więc karnie udałyśmy się do grupki dziewcząt oczekujących na bukiet. To trochę trwało, bo wiecheć był za lekki i Mirian nie udawało się go dorzucić. Za to jak dorzuciła to prosto w moje ciasno założone ramiona, od których szczęśliwie bukiet się odbił i poleciał w bardziej zainteresowane ręce.

Po rzucaniu wiechcia nadszedł czas… nie, nie na jedzenie. Nadszedł czas na występy artystyczne. Występy zostały przyjęte życzliwie, choć dla Cuscenos czyli 95% gości musiała to być nuda ohydna, jako że tańce były lokalne i każdy z gości ćwiczył takie w szkole. Mnie tam się podobało, choć podkreślmy byłam bardzo głodna.

Po występach nadszedł czas… nie, nie na jedzenie. Czas nadszedł na tańce. Wszyscy jak jeden mąż rzucili się na parkiet i wtedy się prawie rozpłakałam uświadamiając sobie, że zaraz umrę z głodu. Tak rozochocony tłum na polskich weselach to widuje się po trzech daniach głównych i co najmniej butelce na głowę. Peruanos są zdecydowanie bardziej ekonomicznymi gośćmi i jedyne osoby, które narzekały na burczenie w żołądkach to Rzynka i ja.

Po tańcach.. szczerze mówiąc to ja chwilowo nie bardzo pamiętam co się stało po tańcach. Może przemawiali, a może znowu były występy. A może to właśnie wtedy wniesiono danie…

Danie bardzo lokalne, na które składała się kawałek wieprzowiny, odrobinka ryżu oraz papka kukurydziana w liściu. Ponieważ od kilkunastu lat mięsiwa nie spożywam więc prawie podcięłam sobie żyły, po czym wyciągnęłam Chewie no 1 za fraki do taksówki (Rzynka je mięcho ale jakoś się w ogóle nie opierała) i grubo po północy zrobiłyśmy sobie na chacie kolację.

I jaki z tego morał? Nie chodź na polskie wesela bo się dorobisz zgagi od przeżarcia.

Jak głupim i chciwym trzeba było być by zbudować coś tak obrzydliwego jak Cancun? Jak kompletnym tandeciarzem i bezguściem trzeba być, by się tym betonowym królestwem zachwycać?

Takie retoryczne pytania sobie zadaję od kilku godzin i pewnie będę przez najbliższe dwa tygodnie.

Podejrzewam, że kiedyś to było jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi.

Jak odwrócić głowę od blokowiska to serce zamiera z zachwytu nad miękkością i oślepiającą białością piasku i takim błękitem morza, który widziałam kiedyś na basenie z mega wypasionymi kafelkami i nie sądziłam, że jest możliwy w naturze. 

Plaża jest szeroka i ciągnie się na kilometry. Tylko, że zamiast być obramowaną palmami to na całej długości jest najeżona hotelami. Nie małymi, butikowymi, wystylizowanymi hotelikami, czy uroczymi chatkami z bambusa pokrytymi rustykalną strzechą. Nie. To gigantyczne konglomeraty, betonowe paskudztwa, w każdym po tysiąc pokoi, w co drugim po kilkanaście pięter. Do tego centra handlowe napierdalające głośną muzę i jeszcze głośniejsze pikania maszyn hazardowych. Zona Hotelera w Cancun to najohydniejsze miejsce w jakim byłam.

Centrum Cancun, gdzie jest trochę tańszych hoteli dla białej hołoty jak ja, oraz gdzie jest trochę przestrzeni, mercada i domy lokalesów, da się jeszcze znieść, ale też bez żadnych rewelacji. Za to najdziwniejsze jest to, że w tym koncentracie wszystkiego co najgorsze w turystyce, ludność tubylcza jest zaskakująco przemiła i naturalna. Jasne, że są też tłumy naganiaczy wszelakich, jasne, że śrubuje się ceny dla gringo, ale jak zacząć z nimi gadać to okazują się być przemili, pomocni i  UWAGA – bezinteresowni! Acz może być, że tylko po hiszpańsku. To widać w ich oczach kiedy po kilku słowach orientują się, że na pewno nie jestem ze Stanów. W Peru nikt się specjalnie nie zachwyca tym, że mówisz po hiszpańsku. Tam mówisz po hiszpańsku bo musisz. A tutaj nic nie musisz, w Cancun po angielsku mówi każdy. Tutaj po hiszpańsku mówisz bo chcesz i oni to doceniają. A najzabawniejsze jest to, że Meksykanie rozumieją mnie dużo lepiej niż Peruwiańczycy! I to, hi hi, chyba będzie epitafium podsumowujące starania Młodego bym mówiła po hiszpańsku jak verdadera Peruana…


Czuję się jak szczur co uciekł z tonącego okrętu. Choć zupełnym przypadkiem zbiegły się powodzie w okolicach Cusco z moim rodzinnym spotkaniem w Meksyku. Wszyscy w Limie słysząc, że właśnie przyleciałam z Cusco (całe szczęście, że Tata mi postawił bilet lotniczy nie tylko do Meksyku, ale również do Limy, drogi lądowe od kilku dni są nieprzejezdne) wypytują o najnowsze wieści, ale tak naprawdę to wszystko co wiem pochodzi z gazet przeczytanych już w Limie i z czatowania z Chewie.

Gwoli formalności, bo wiem, że niektórzy się o mnie martwią.

W samym Cusco nic się strasznego nie dzieje. Owszem od 2 tygodni wściekle leje, a od kilku dni w kranach często brakuje wody (logiczne, nie?;), ale generalnie to o wszystkim złym się dowiadywaliśmy jak Wy, z mediów. Dopiero od wczoraj sytuacja w we wsiach w okolicach Cusco tak się pogorszyła, że w samym mieście zrobił się z tego gorący temat, plus atmosfery dodają latające bezustannie helikoptery. Ponieważ media informują o wszystkim na bieżąco, więc nie będę bawiła się w sprawozdawcę z trzeciej ręki.
Tylko chcę wszystkich poinformować, że nie ma co się martwić (jak na razie) o znajomych w samym Cusco. Problemy są w Aguas Calientes, bazie wypadowej na Machu Picchu, tam było uwięzionych 2 500 ludzi, część już ewakuowano. Plus oczywiście inne puebla, w których wielu ludzi straciło domy i cały dobytek. Niektórzy też życie…

Dziś nie padało w Cusco, mam ogromną nadzieję, że ten stan się utrzyma.  Długo.

Proszę każdego czytelnika tego bloga, by jeśli ma taką możliwość wspomógł finansowo ludzi którzy stracili swój dobytek w tej powodzi. Wielu z nich to jedni z najbiedniejszych mieszkańców Peru.
Podejrzewam też, że będą potrzebne gigantyczne pieniądze na odrestaurowanie Machu Picchu i innych zabytków w Świętej Dolinie.


Miałam napisać tyle notek.

O powrocie do Cusco i wpływie niedoboru  tlenu na miłość, której przez chwilę nie było.
O tysiącu powitań. (Ani razu nikt mnie nie zapytał czemu wróciłam tylko ‘ gdzie byłaś tyle czasu?’)
O nowym miejscu do mieszkania i pracowania, o panoszeniu się po innej części Cusco, o przyzwyczajaniu się do nowego marketu, o codziennych wspinaczkach na Lucrepatę i stopniowo rozkwitającej nienawiści do zbyt wąskiej uliczki, zmuszającej do przyklejania się do ściany za każdym razem, gdy przejeżdżała pierdząca prosto w twarz spalinami taksówka tico pasująca bardziej do złomowiska.
O tym jak szybko Cusco leczy rany, tęsknoty, wątpliwości i obawy, które przyklejają się jak gówno do podeszwy podczas pobytów w Europie.
O zwariowanych i zajebistych 35ych urodzinach z niespodziewanymi dwoma tortami, z których jeden podstępnie wylądował mi na twarzy, taka ulubiona peruwiańska tradycja.
O zmianach personalnych i imprezowych na mieście i wśród znajomych. O rozgrywkach, wojnach i bijatykach salsowych.  Temat rzeka.
O najbardziej zdumiewających, wkurwiających i komicznych zagraniach chłopaków Latino w kwestiach damsko męskich. Z co ciekawszymi fragmentami mejli i smsów. Opracowane na podstawie zeznań kilku gringas. Muszę to kiedyś nadrobić, bo to zbyt cenny materiał by go zmarnować.
O Chino, sin comentario i nowym statusie gości honorowych w naszej ulubionej tiendzie.
O absolutnie genialnych Świętach Bożego Narodzenia, na które zaprosili nas nasi ukochani bracia Moses i Cristiano. I o tym, że w Cusco jeszcze znają granicę pomiędzy celebrowaniem Świąt a ogłupiającym konsumpcjonizmem.
O wejściu na kolejny etap w naszej miłości do Cusco, czyli wyprowadzce na własne.
O tym, że zostajemy do khem, khem, maja…
I o tym, że jestem szczęśliwa, cada hora, cada dia.

Ale życie w Cusco jest tak intensywne i zwariowane, że jakoś ciągle brakuje czasu by którąś z tych notek napisać. Więc tymczasem, żeby nie było, że ostatnia notka w tym roku jest z początku listopada, tą listą braków żegnam się z Wami na rok 2009. Życzę Wam byście się bawili w noc sylwestrową równie dobrze, co ja rok temu i tego samego życzę sobie. Co się pewnie spełni, bo przecież znowu spędzam Sylwka w Cusco. I kto by wtedy pomyślał…

Prospero Año Nuevo!!


  • RSS