rudawazji blog

Twój nowy blog

kiedyś, w lepszych czasach powspominam jeszcze Peru tudzież krótki acz intenswyny przelot w Madrycie, natomiast teraz szybki biznes.
Jestem w trakcie pakowania mego dobytku, który w najbliższą niedzielę, 31 maja, będę wywozić na wieczne przechowanie. Pilnie potrzebuję silnych i zdrowych mężczyzn którzy chcieliby mi pomoc w znoszeniu pudeł do samochodu. W zamian oferuję dozgonną wdzięczność plus zapraszam na kawę czy wódkę jak kto woli. chętnych proszę o kontakt pod mejlem rudaruda@op.pl

PS to nie są żadne jaja, ani przenośnia literacka, naprawdę potrzebuję co najmniej dwóch par rąk…
PS czas akcji 31.05, ok południa, do uzgodnienia, miejsce Warszawa, Ochota.

Lima od rana jest popielata i choć tego już nie zobaczę to wiem, że niebo będzie spowite gęstą mgłą przez cały dzień i kolejne pół roku, jak na czas garúa przystało. Będę żałować że nie dostałam miejsca przy oknie zaledwie przez kilkanaście sekund po starcie, bo tylko tyle coś widać za oknem. Potem wlatujemy w nieskończoną szarość i koniec. Nie ma Limy, nie ma Peru. I, co w końcu okazało się być najtrudniejsze do zaakceptowania, nie ma już przy mnie Chewie no1…

Proces płacenia za przekroczenie 90 dni wbitych do paszportu miał być długi i upierdliwy. Dlatego też wstałyśmy w środku nocy i przyjechałyśmy na lotnisko 3 godziny przed odlotem. Tyle że pan od formalności albo nie umiał liczyć albo miał duże zrozumienie dla mojej miłości do jego ojczyzny bo bez mrugnięcia okiem klepnął mi stampa wyjazdowego bez ściągania dołka za każdy dzień. Zaoszczędzoną kasę wydaję na wymarzone skarpetki Cuy z płonącą lamą, najdroższą wodę w Peru (6.20 soles za małą butelkę!) a ostatnie drobniaki dokładnie stykają na paczkę Chiclets, najpopularniejszej gumy do żucia w Peru, która traci smak po kilkunastu sekundach.

Koleś siedzący obok nie może przestać się na mnie gapić, co mu wybaczam, bo w ramach szpanowania wypasioną komórą puszcza na pół samolotu hity Daddy Yankee. I oczywiście nikt mu nie zwraca uwagi. Peruanos są wyluzowani.

Zresztą wszyscy się na mnie gapią. Nawet im się nie dziwię. Na ich tle, w moich wszystkich ulubionych i zakupionych w Peru bekpakerskich ciuchach, oraz z pulserami oplątującymi moje nadgarstki wyglądam jak klaun. To zabawne jak to samo odzienie powoduje wtapianie się w podróżniczy tłum i wystawanie w tłumie podróżnym.

Samolot lini Air Comet, które słyną jako jedne z najgorszych na świecie, na początku robi na mnie wrażenie, bo ma telewizorki dla każdego pasażera, a to w tanich liniach, jak wiemy, graniczy z cudem. Cud, jak to cud, okazuje się być zwykłą ściemą, bo większość telewizorków nie działa, a tych kilka co działa nie ma fonii. Po kilku godzinach lotu, gdy zaczyna się ściemniać (uwielbiam zachody słońca widziane z samolotu), okazuje się, że również nie działają lampki. Jestem tak padnięta po dwóch zarwanych nocach, że nawet nie jestem w stanie zestresować się zastanawianiem co jeszcze w tym samolocie nie działa.

Po wylądowaniu w Madrycie rozchodzimy się w dwie kolejki. Jedna gigantyczna z napisem ‘All Nationalities’ i druga, maleńka dla Unii. Stając w niej, ubieram bluzę z wielkim napisem „PERU”.


Prawie. Za 24 godziny bede w samolocie zmierzającym do madrytu, gdzie mam byc podejmowana przez dwoch kompletnie zwariowanych Hiszpanow, zaprzyjaznionych jeszcze w Atins. tak na oslode rozstawania sie z Boską Półkulą. A w środę wieczorem, o ile nie nawali żadna z tanich linii ktorymi na raty zdążam do ojczyzny, będę w Warszawie.
Jestem spłukana jak rzadko, o czym na zaś uprzejmie informuję wszystkich, którzy będą chcieli umawiać się na mieście;). Poza tym szukam pracy na kilka miesięcy i kogoś kto chciałby wynając moje mieszkanie od czerwca.

I bardzo, bardzo nie chcę wracać.

Choć juz nie mogę się doczekać aż zobaczę moich wszystkich ukochanych.

I razowego chleba i małosolnych ogórków.

I wędzonej ryby.

A na razie ostatni dzień, pełen tysiąca rzeczy do zrobienia. Wliczając przerobienie mojego podróżniczego dobytku, który nie przejdzie przez żadne ważenie bez tragicznego uszczerbku na moim prawie już nieistniejącym budżecie. Pomijam że plecak mam za mały. Chyba czas wyrzucić szpilki i baletki…


Ostatni tydzien na polkuli poludniowej zaczal sie dzis, z wykopem i fasonem. W nocy tancami i karaoke, gdy dwoch zakolegowanych gringo udowodnilo mi raz kolñejny ze czasami lepiej gdy mezczyzna trzyma sie od parkietu z daleka, no chyba ze tylko chce go polozyc. Jak to Katarzyna okreslila – chlopcy ruszali sie jak razeni pradem. Rano, ciagle na niezlym przepiciu poszlam na lekcje wspinaczki po cholernie pionowych skalkach, z linami i cala ta uprzeza, co zakonczylo sie siniakami, obiciami oraz gigantycznym bolem wszystkich mozliwych miesni. ale oczywiscie bawilam sie wysmienicie i podobno jak na pierwszy raz bylo niezle. jutro z rana smigamy na santa cruz, niestety na huayhuash nie wyrobie bo w przyszly poniedzialek wylatuje, a ten trek sie robi 8 dni. Natepnym razem. A na razie chetnie spedze 4 dni na moim ukochanym treku swiata, byle pogoda nie dala ciala bo przeciwdeszczowy kapok porzucilam w cusco. Huaraz jest tak piekne jak zapamietalam, churro na rogu najlepsze w peru jak zapamietalam i w ogole byloby genialnie gdybym jeszcze mogla cofnac sie w czasie i przezyc ten ostatni rok jeszcze raz…
udanej majowki wszystkim zycze


Czasami zastanawiam się czy nie lepiej by było zostać w Mancorze do końca. Z każdym dniem podoba nam się coraz bardziej, pogoda jest absolutnie genialna, z nieustannym słońcem i rześką bryzą, i nawet ocean ma temperaturę pozwalającą na zanurzenie więcej niż kostki bez nieodwracalnego uszczerbku na zdrowiu. (Poza tym lodowata woda ujędrnia skórę – mantruję sobie przy każdym żabkowym zanurzaniu głowy). Doceniamy też dodatkowe atrakcje w postaci bujających się na falach serwerów (acz niestety w większości to lokalny kwiat wzrostu siedzącego psa) i śmigających z zawrotną prędkością w siną dal kajtowców (którzy mnie wkurwiają bo też bym tak chciała). No i, last but not least, ceviche, którym zażeramy się do nieprzytomności na śniadanie i lancz, korzystając z dobrodziejstw lokalnego marketu, gdzie całkiem przyzwoity talerzyk vale solamente dos soles. Na wszystkich stoiskach już nas znają i nawet mamy jedno zaprzyjaźnione gdzie dostajemy coraz bardziej szczodre porcje. (Nawet jak o tym piszę to dostaję ślinotoku na myśl o surowej rybce, marynowanej w soku limonkowym z cebulką i chili jutro na śniadanko mniam…)

Moje plażowe wcielenie obudziło się po mniej więcej dwóch dniach narzekania jak w tej Mancorze nudno i spokojnie mogłabym tu spędzić ostatni tydzień, leniwiąc się na plaży i rozkoszując się ciepłem, którego tak brakowało w Cusco. I tak łatwo by było stąd bez większego żalu wyjechać, zaakceptować zły los, który bezlitośnie nadchodzi wielkimi krokami…

Ale Andy wzywają. Nie wiem kiedy będzie proxima vez na Południowej Półkuli. Obiecuję sobie, że w przyszłym roku, ale to samo przyrzekałam ponad dwa lata temu na Goa. Wiem, że za kilka miesięcy wrócę na drogę, ale już nie wierzę we własne obietnice, gdzie ta droga będzie wiodła. I nie chcę spędzić ostatniego tygodnia na plaży, co z tego że pięknej i przypominającej mi nieco Pangandaran, kiedy obok są drugie najwyższe góry świata. Do Cusco nie wrócę teraz za chińskiego boga, bo nie wyjechałabym. Tyle wiem na pewno. Ale ukochane Huaraz? Śnieżnobiałe szczyty Cordillera Blanca dramatycznie wyłaniające się z zieleni i brązów okolicznych gór, na które się nie mogłam napatrzeć kilka miesięcy temu? Zanosi się na optymalne rozwiązanie wszystkich dylematów. Tylko jeszcze muszę przekonać Chewie, że bez kilkudniowego treku wizyta w Huaraz byłaby niekompletna i będzie git. A na razie bardzo, bardzo staram się nie myśleć o powrocie już za chwilę, o szukaniu pracy, wynajmowaniu mieszkania i innych życiowych niedogodnościach… Przeszłam przez to już dwa razy, to przejdę i trzeci.

Najfajniejszy w wyjeździe z Limy do Mancory jak na razie był autobus. Ze skórzanymi, mega wygodnymi, prawie na płasko rozkładającymi się siedzeniami. Plus miejscówki dające możliwość wywalenia nóg na mikrofalówkę pełną kubków z kisielem. Do tego na początku jazdy spożyłyśmy resztki wódki z poprzedniej nocy, dla niepoznaki przelane do plastikowej butelki po Żółtej Truciźnie (oficjalnie zwanej Cifrut) i podróż przez czas jakiś przebiegała wyśmienicie. Dopóki o 6ej rano nie wyrwano nas brutalnie z objęć najfajniejszego faceta na świecie, każąc nam doprowadzić siedzenia do pionu w celu spożycia śniadania. Chewie i ja od wyjazdu z Cusco żremy jak świnie, więc pomimo ohydnej pory dnia zajęłyśmy pozycje gotowe do przyjęcia pożywienia. Którym okazał się być cieniuchny plasterek sztuczkowego ciasta oraz pół kubeczka Inca Coli, która oprócz jadowicie żółtego kolorku, charakteryzuje się smakiem żywcem przypominającym oranżadę, znaną co bardziej podeszłym wiekiem czytelnikom z czasów komuny. Znaczy się niezły syf, w sam raz na zdrowe i ekologiczne śniadanko. Ciasteczko wchłonęłyśmy w sekundę, naiwnie traktując je jako zakąskę. Po pół godzinie niecierpliwego oczekiwania na huevos revueltos con pan dotarło do nas, że nic więcej nam nie podadzą. Tyle dobrego, że zamiast flecików żałośnie i przeraźliwie wygrywających na melodię hitu Barbry Streisand „Memory” puszczono film. Niestety z dziećmi i niestety z Ice Cubem, ale zapewniam że przy flecikach wszystko jest lepsze. Normalnie w autobusach w Am Pd puszczają z reguły swojską łupankę typu cumbia czy reaggeton, którą po roku na kontynencie znamy na pamięć i uwielbiamy, ale ten autobus robił chyba za posh i zapodano nam profesjonalną elevator music. A mi się może gust muzyczny popsuł w czasie podróży, ale nie aż tak.

No, a poza tym to dojechałyśmy do Mancory, serfowego raju Peru i po 10 godzinach już umieramy z nudów. Niestety po Cusco nasze standardy pod każdym względem są zawyżone i nigdzie nam się nie podoba. Ja to bym nawet wróciła do Cusco i wiem, że przekonanie Chewiego zajęłoby mi mniej niż 60 sekund. Tylko, że ja się poważnie boję, że jak teraz wrócę, to ja już więcej stamtąd nie dam rady po prostu wyjechać…


Choć wyjazd z Cusco złamał mi serce, to była to najlepsza decyzją, jaką mogłyśmy podjąć. Uświadomiłam to sobie dopiero wykręcając szyję w autobusie by zaliczyć ostatnie spojrzenie na moje ukochane miasto rozpostarte pod nami, głęboko w dolinie. Gdybym wyjeżdżała z Cusco mając w perspektywie już tylko lot do Europy to… Nie wiem czy bym się rzuciła ze skał, posypała głowę popiołem czy pochlastała nadgarstki. Może po prostu bym olała powrotny bilet i została. A tak towarzystwo ukochanego Chewie no1 oraz plany na następne 3 tygodnie pozwoliły dojrzeć światełko w tunelu. Ale i tak jakieś sto razy dziennie bawię się myślą, że mogłabym jeszcze wrócić do Cusco…

A tymczasem zaliczyłam ponownie glebę próbując ujeżdżać gigantyczne wydmy w Huacachinie, jeszcze raz dorobiłam się zakwasów w ramieniu zaciskając kurczowo dłoń na barierce bugi prowadzonego przez szalonego Alfredo, a w Limie spotkałam się z Mr. Morze, który okazał się być tylko Mr. Może. Czasami powroty pomagają ustawić pewne sprawy w odpowiedniej perspektywie. I dobrze.

Have a good life.


Wago i Rodrigo są gdzieś w połowie drogi do Puno. A my z Katarzynką… w Cusco…
Gdyby płacono za ciągłe zmiany planów byłabym milionerką.

Wszyscy pytają się dlaczego, a to w sumie takie proste.

Byłam w Boliwii dwa razy i mi na razie styknie, to Peru jest moją miłością i w tym kraju chcę spędzić ostatnie tygodnie.
I jestem zmęczona zimnem, chcę wreszcie wygrzać tyłek na plaży. W Boliwii na to szanse, oględnie ujmując, znikome.
I brakowało kilku dni w Cusco, żeby się porządnie ze wszystkimi pożegnać, i ludźmi i miejscami.

I choć pożegnanie z Wago było zajebiście smutne, to obie wiemy, że podjęłyśmy najlepszą decyzję. W niedzielę spadamy na wybrzeże, jutro impreza pożegnalna z laskami z pracy, w sobotę z salseros. Ostatni łikend w Cusco zaczynamy dzisiaj. Chyba wreszcie jestem gotowa by stąd wyjechać.

Time to go.

1 komentarz

Kasia, it is time for us to go. – Wago ma 20 czy 21 lat, ale chwilowo brzmi jak 40latek po przejściach. Siedzimy na swoich łóżkach i patrzymy się na siebie ze smutkiem i ze zrozumieniem. – We have to leave Cusco. All of us.

I choć umieram na samą myśl o wyjechaniu z Cusco, to wiem, że ma rację. Za dużo tego. Za dużo imprez i szalonych nocy coraz częściej zlewających się w jedną, a przede wszystkim za dużo pożegnań. Owszem mamy siebie nawzajem i to zawsze pomagało przetrwać kolejne rozstania. Ba, umówmy się, często nawet nie było czasu by tęsknić za tymi, co wyjechali, bo już byli następni. Takie jest życie podróżnicze, takie jest życie hostelowe, a Pirwa to duży hostel i zawsze jest duży wybór. Ale w ostatnim tygodniu każde z nas straciło kogoś, kogo szczerze pokochało. Więc tym bardziej nie jesteśmy w stanie rozstać się ze sobą. Za kilka dni ruszamy w czwórkę srebrnym volkswagenem należącym do Rodrigo w kierunku Boliwii. Od wieków praktycznie nie mam kasy, a odkąd kupiłam sobie zły bilet do Europy, nie mam jej jeszcze bardziej. Pocieszam się, że Wago ma jej jeszcze mniej, więc damy jakoś po taniości radę. Nie miałam do tej pory okazji podróżować w Południowej Ameryce samochodem a towarzystwo Katarzynki i dwóch Brazylejros to najlepsza kompania ever, więc podróż zapowiada się nieźle. A potem jakieś 10 dni w Peru i koniec, czas śmigać do Polski. W każdym razie na chwilę.

A tymczasem obiecuję sobie, że nie zepsuję sobie ostatniego miesiąca na tym kontynencie tęsknieniem za tym, co było i mogło być. Życie jest zbyt krótkie by żyć przeszłością. Nawet najpiękniejszą.

W Peru Wielki Tydzień to naprawdę Wielki Tydzień. Począwszy od Niedzieli Palmowej, uliczki i lokalne bazary są obsadzone stoiskami sprzedającymi świąteczne wypieki, a przez miasto każdego dnia przetaczają się wielobarwne pochody i procesje, jedno wielkie szaleństwo. Niektóre pochody są religijne, do złudzenia przypominające polskie, z nawet tymi samymi pieśniami. Inne całkiem świeckie, z tańcami wykonywanymi przez laski w kolorowych, mocno skąpych czasem ciuchach, czy też przez kawalkadę peruwiańskiej wersji lajkoników, czyli lajkrowików. Największy czad był w Wielki Poniedziałek, kiedy zamknięto całą starówkę dla ruchu samochodowego i ludzkość z całego miasta się zeszła, by obchodzić rozpoczęcie Wielkiego Tygodnia. Nigdy w życiu nie przebywałam w tak wielkim tłumie. Całe centrum było szczelnie wypełnione ludźmi, na pewno kilkudziesięcioma tysiącami, a może ponad stoma. Przejście przez Plaza de Armas zajęło mi ponad godzinę. Atmosfera była duszna i magiczna. Procesji nie udało mi się dojrzeć, acz dobiegały dźwięki bębnów i trąb. Na Plaza San Francisco kilkadziesiąt zaimprowizowanych stoisk sprzedawało ryż na mleku z gorącą, kisielopodobną mazią, czyli tradycyjną na ten dzień roku potrawą.
 A w Wielką Sobotę Peruwiańczycy mają uroczysty lancz, na którym obowiązkowo musi się pojawić 12 potraw.
Same, same but different.


  • RSS