rudawazji blog

Twój nowy blog

Jakiś czas temu byłam u lekarza chorób tropikalnych, oprócz recept i porad dostałam skierowanie na szczepienia. Szczepienia robią rano. Przez następny miesiąc każdego dnia, dzikim świtem dzwonił budzik, który skrzętnie przestawiałam o 15 min do przodu, co kończyło się zerwaniem z wyrka z obłędem w oczach jakieś połtorej godziny później. O tej porze pozostawało mi tylko ruszanie w te pędy do roboty, szczepienia przesuwając na dzień następny. „Pomyślę o tym jutro, jutro przecież też jest dzień” mówiłam sobie na pocieszenie hasło przewodnie mojej ulubionej bohaterki z dzieciństwa Scarlett O`Hary. Aż w nocy z niedzieli na poniedziałek, po powrocie z korbielowa, dogorywając z przezarcia w fotelu po Wojtkowych frykasach, z podejrzanie dużym zdziwieniem uświadomiłam sobie, że zostało mi raptem 6 tygodni do wyjazdu. Dostałam lekkich palpitacji serca myśląc ze strachem o liście rzeczy do zrobienia. Palpitacjami podzieliłam się z Gosią, która ma również na swojej liście spraw do zrobienia kilka rzeczy snujących się od pół roku, choć jak na razie nigdzie nie wyjeżdża. Oczywiście wszystkie do załatwienia o świcie. Zawarłyśmy deal, że dziś rano się zdzwonimy i nie pozwolimy sobie na prestawianie budzików. To działa. Dziś z dumą wykreślę jeden punkt pt. szczepienia. Acz był krytyczny moment w trakcie rozmowy z Gonią kiedy mówiłam sobie w myślach „spróbuj jeszcze 20 sekund mieć przytomny głos, a zaraz po odłożeniu słuchawki zaśniesz znowu jak kamień’. Ale byłam dzielna. Tak samojak przy nakłuwaniu 2 godziny później. Teraz napierdala mnei ramię, ale w nagrodę mam szpanerską żółtą książeczkę szczepień i czuję się jak skrzyżowanie beaty pawlikowskiej i tony`ego halika yo!;)

swoja droga jakby takie ‚urzędowe’i inne zdrowotne sprawy byly do zalatwienia tylko w srodku nocy to bym robiła za mistrza swiata skrupulatnosci, obowiązkowosci i dokladnosci.
chyba bym byla nudna…

MISIA była tak cudowna, że przebolałam ciapki którymi był przystrojony mój biust. Tyle tylko, że zamiast prężyć go jak zwykle he he trzymałam rączki założone z przodu i jeszcze program koncertowy rozkładałam szeroko. Być może z powodu tej dziwnej postawy przyciągałam więcej spojrzeń niż zazwyczaj. Albo z powodu glanów i kaptura bo towarzystwo w kongresowej było wyszukane niezmiernie. Pani Penderecka trzęsącym się ze zdenerwowania głosem odczytała, przejęzyczając się w co drugim zdaniu wykaz vipów które zaszczyciły imprezę. (ale to chyba nie z przejecia bo w koncu nie bylo prezydenta, tylko po prostu ta kobieta nie umie wystepowac publicznie, co odkryłam ze zdumieniem) Na szczęście dodawała kto jaką funkcję pełni, bo po samych nazwiskach nie skumałabym jaki zaszczyt mnie kopnął. A tak wiem, że słuchałam obłędnej muzy wraz z polityczną elitą tego kraju (tak, wiem, ze to oksymoron) z marszałkiem i prezydentem miasta stolecznego na czele. Genralnie dramat. Jedyny plus z tego towarzystwa taki, ze jak z radoscia na wstepie oznajmilam Mani która mnie zaprosila: „kurwa zajebiscie! jestesmy najmlodsze na tym koncercie! to mile, zapomniane uczucie”

A sama MISIA? cudowny głos, wywołujący ciarki przebiegające po kręgosłupie. charyzma i osobowość. Nie moja muza tak naprawdę i nie wiem czy będę słuchała jej płyt, raczej nie. ale na jej koncert chetnie sie jeszcze wybiore. Ania Mania uratowala wczoraj moj dzien tym wieczorem, dzieki Ci Pani:)))

Aha – oczywiscie jak bylo do przewidzenia dostalismy znowu złoty drób, ale jakie to ma robic wrazenie w obliczu 11 oscarow he he

Kurwa co za dzień, czas apokalipsy normalnie, jak ja nie lubie poniedzialku!!!! nawte nie mam czasu by opisac liste dzisiejszych klesk, wiec tylko jedno – huj w dupe temu skurwysynowi co musial przejechac przez srodek kaluzy obok mnie zamieniajac moja biala bluzke w bluzke łaciatą. skurwiel!!! oby ci gwozdiem lakierek porysowali! wiec dzis na koncercie MISI bede udawac ze ta bluzka ma taki wzorek i huj. dobrze ze przynajmniej na rozdanie Złotego drobiu nie ide, jeszcze bym sie zalapala do transmisji telewizyjnej i dopiero bylby dramat. Pierdole drób, to trzecie rozdanie zlotych kaczek za mojej kadencji w branzy filmowej i trzecie ktore olewam. ale impreza chyba bardzo stracila prestiz, skoro w zeszlym roku i dwa lata temu na moje zaporszenie bylo mase chetnych a w tym roku nikt nie chce hi hi. moze boja sie ptasiej grypy?

Jakieś fatum mnie prześladuje! Albo racje miał kolega z działu IT jak oskarżył mnie o wysyłanie złych fluidów, mających niszczycielski wpływ na najnowocześniejsze komputery, drukarki i inne tego typu sprzęty. Co prawda argumentowałam, że nigdy mi nie dali żadnego nowoczesnego sprzetu i nie dziwota, że te graty sie psuły jak tylko się ich tknęłam, ale może rzeczywiście coś w tym jest, ze technika mnie nie lubi? Skoro tę notkę piszę po raz trzeci??? Za pierwszym razem była poświęcona mojej wielkiej miłości z którą się właśnie rozstaję. Kiedy wypalona procesem twórczym, nacisnęłam wreszcie butonika ‚dodaj’ dokładnie w tej chwili padł internet. Oczywiści notkę huj w bombki strzelił. Dwa dni później postanowiłam notkę odtworzyć. Tym razem poświęciłam ją podłym knowaniom u mnie w firmie czyli jak to poprosiłam Gosię by wyrzuciła Mateusza z pracy. Nie wiem co się stało tym razem. Pisanie notki raz na jakiś czas przerywałam, zajmując się pracą (w końcu nie płacą mi za pisanie bloga – a szkoda) i za którymś razem jak chciałam wrócić do bloga to już go nie było w pasku na dole… Notka? Tak, oczywiście że huj w bombki strzelił.
Jeśli to co teraz piszę się nie zachowa to uroczyście oświadczam, ze kończę z blogiem.
A podsumowując:

1. O miłości.
Niestety mój ukochany ma gabaryty uniemożliwiające mi przewiezienie go do Indii w charakterze bagażu podręcznego. Biletu też dla niego raczej nie kupię. Czekać na mnie bezczynnie nie ma sensu by czekał. Więc trzeba bylo podjąc brutalną decyzję o sprzedaży mojego ukochanego volviaczka 460, rocznik 93, silnik 1.8, kolor – ORYGINALNY!!! i to tak oryginalny, że nikt nie wie jak go nazwać. W zależności od oświetlenia, stopnia czystości niuńka i płci zgadującego padają określenia – brązowy!, – no coś ty? wrzosowy, – jaki wrzosowy? śliwkowo-brązowy!, gówno prawda – on jest grafitowy!, – dobra, ale przynajmnije metalic!, – jaki metalic? przecież to perła????
Zaznaczam, że opinie nie pochodzą bynajmniej od daltonistów. Po prostu mój niuniek jest naprawdę oryginalny.
Wiem, ze dla wielu to śmieszne, ale ja kocham mój samochód. Spędziłam w nim i z nim wiele cudownych chwil i kiedy tydzień temu zaalarmowana przez znajomego ze następnego dnia musi mi zabrać samochód bo ma dobrego kupca, wpadłam w otchłań czarnej rozpaczy…
W ciągu dnia jeszcze się jakoś trzymałam, ale kiedy już na noc miałam jechać na chatę nie mogłam się oderwać. Jeździłam w te i wewte, łamiąc wszelkie możliwe przepisy, wyłączając jazdę pod prąd (przynajmniej nie zauważyłam), słuchająć rozkręconej na maksa muzy, jarając szluga za szlugiem i próbując powstzrymać łzy. Zarzuciłam cd z the singles no doubt, w ramach poprawy humoru bo zawsze tak na mnei ta plyta dziala w samochodzie, ale nagle doszlo do don`t speak. i wtedy pękłam. Jak poleciał wers „i really feel like I`m loosing my best friend…” rozszlochałam się jak bóbr. I tak jezdiłam przez następną godzinę, szlochając jakbym zobaczyła narzeczonego w namiętnych uściskach z najlepszą przyjaciółką co najmniej.
Noc była tragiczna. A następnego dnia zanajomy wystawił mnei do wiatru i egzekucja została odroczona. i dobrze.

punkt 2 czyli podsumowanie dlaczego chcialam by gosia wyrzucila mateo z pracy pozniej bo teraz ide do roboty

wiesci sie rozchodzą i zainteresowanie osób niewielu co prawda, ale za to tych naważniejszych dopinguje mnie do jakiegos wpisu. tyle ze wciaz jestem jeszcze tutaj hi hi a przeciez nie bede sie rozpisywac o podróży do supermarketu nie?

za to w piatek poznalam SAHELI, która ma już za sobą to co przede mną i znowu dostalam maksymalnej podjarki. doszedl za to zgryz co z ubezpieczeniem. prawie wszyscy ktorych poznaje co dlugo podróżowali, robili to bez zadnego ubezpieczenia. szczeście? głupota? brak wyobraźni? lekkomyślnosć? Iść w ich ślady? mam zgryza…
Gosia wróciła z Indii. Na szczęście ona zalicza sie do tych ludzi co lubią i potrafią opowiadać o podróżach (i to jak!!!) Większość podróżników sama z siebie nie opowie nic, jak ich wołami ciągniesz za język to w końcu coś z siebie wyduszą a potem i tak mówią, ze nikt nie chce słuchać o podróżach. Nie wiem na czym to polega, może kiedyś też tak będę miała. Na razie o podróżowaniu mogę nawijać i słuchać godzinami. I tak wyglądało pół nocy słuchania, wzdychania i wytrzeszczania oczu. Kilkaset zdjęć. Za dwa miesiące będę to oglądać na własne oczy. Tyle ze dotarlo do mnei ze 2- 3 miesiące na Indie przy tempie w jakim lubię podróżować (żółwie) to jakaś utopia. Pół roku zejdzie mi się jak nic. chyba, że będę w tej grupie ludzi co po dwóch tygodniach bezposredniego obcowania z Indiami zmieniają rezerwację i wypieprzają jak najszybciej by nigdy nie wrócić. ale jakos nie sądzę. W Azji nachodzi mnie anielska cierpliwość i tolerancja franciszka z azyżu. choć chyba Marta ma na ten temat inne zdanie hi hi.
ale to juz inna historia…

wiedziałam, że tę kurwę na wstępie ktoś mi predzej czy później wypomni! a ona naprawde spontanicznie sama z siebie wskoczyla. kazdemu by wskoczyla jakby se kasowal z trudem wypocone notki.
tak na marginesie to ta notka, druga, tez juz powstaje po raz 3. Tak, caly czas klikam nie w to miejsce co trzeba. no comments please!
w ogóle nie mam nic specjalnego do napisania, ale ludzie sie pytaja czy zalozylam tego bloga podrozniczego juz, i ja jak durna mówie ze tak i podaje adres, a potem sie glupio zaczynam tlumaczyc ze jeszcze tam nic nie ma. no to zeby sie glupio nie tlumaczyc to cos tam pisze teraz. yo!
a dzis moja przyjaciolka mi podeslala artykul o podróżujących laskach, który napisała na potrzeby pewnego kobiecego pisma. Artykuł jest taki, że chcialam uciekac z pracy i zaczac pakowac plecak. Pachniał po prostu podróżą. artykul znaczy sie, nie plecak. Gdyby nie to ze wiem ze moje marzenie juz za moment comes true to bym sie zaplakala z zalu i zazdrosci lekkiej czytajac. a tak roznosilo mnie ze szczescia ze niedlugo ja tez! czego wszystkim zycze…

kurwa już drugi raz piszę tę notkę. tamta mi się nie zapisała bo kliknęłam „dodaj nową notkę” zamiast „dodaj”. mówiłam, że jestem debilem komputerowym. no nic, może teraz sie uda. więcej nie piszę bo jak znowu się nie zachowa to mnie szlag trafi, że na darmo wysilam dowcip;)


Drogi czytelniku
Zakładka, którą właśnie oglądasz, przez półtora roku wisiała pod szyldem „coś tu będzie”. Wisiała, rzecz jasna, pusta. Plany wypełniające były różnorodne, a jeden z nich, który miał przedstawiać listę moich ulubionych noclegowni  na  świecie nawet zaczęłam realizować, ale jakoś mnie się przerwało po miesiącu, gdzieś pomiędzy Olindą a Belem (stare, dobre czasy, ech…). I tak pole stało odłogiem i pies z kulawą nogą się tym nie zainteresował. Poza, znaczy się, Pepe, który nie omieszkał się ze mnie równo ponabijać przy okazji goszczenia mnie na swych i Heliogabalowych włościach. Dlatego kochany Pajączku niniejszym dedykuję tę zakładkę Tobie i tymczasowo (ten tymczas może trwać wiecznie;) wypełniam ją moim ukochanym cytatem, który pięknie podsumowuje powody, dla których żyję tak jak żyję:

You know, I told you how I have been translating the Oddyssey. I always read it as a tragic tale of Odysseus‘s struggle to find his way home. Now I understand more and more what Dante and Tennyson wrote about it, that he wasn‘t lost, but after the wonders he had seen, Odysseus couldn‘t, perhaps didn‘t want to, return home.
(‘The Piano Tuner’ – Daniel Mason. Rewelacyjna książka, tak na marginesie, nie wiem czy wyszła po polsku, tak czy siak, polecam.)

Żeby nie było, bynajmniej nie jestem fanką cytatów. Bo zbyt często górują o kilka klas nad tekstem który firmują (co właśnie się zdarzyło powyżej;). Bo zbyt często jak tylko zdobędą uznanie stają się wytartymi cliche bez żadnej wartości. Patrz choćby słowa Marka Twaina o tym jak bardziej za 20 lat się będzie żałować rzeczy, których się nie zrobiło niż tych, które się zrobiło. Pewnie i prawda, ale jak widzę setnego bloga o podróżach podpierającego się tym cytatem to już dalej mi się nie chce czytać, sorka). Więc nie przepadam za cytatami, zwłaszcza za ich nadużywaniem, ale jak już jesteśmy przy tym temacie to niekonsekwentnie, jak na mnie przystalo, zapodam Państwu jeszcze jeden, też ulubiony;)

Once you commit yourself to change the possibilities seem to be endless. 
(Marina Benjamin ‘Last Days In Babylon. The Story Of Jews in Baghdad’. Też bardzo polecam btw)

Z tym cytatem jest o tyle zabawnie, że dla mnie jest on mega optymistyczny, obiecujący i inspirujący i dopiero ktoś mi zwrócił uwagę, że dla wielu ludzi jest to kwintesencja strachu przed zmianami. Hmmm…

I jeszcze jeden cytat, już naprawdę ostatni, jak na osobę nie lubiącą cytatów wydaję się mieć ich zdecydowanie za dużo na podorędziu, czy nie? :

I began to think of food and soft bed and all those pleasures you have to be a traveler to earn
(Lord Byron w powieści Toma Hollanda ‘The Vampyre’.)

Rudawazji to blog przeważnie podpadający pod kategorię ‘podróże’, prowadzony przez farbowaną blondynkę, która od roku nie była w Azji.
Aby ułatwić życie tym, którzy pojawiają się tu po raz pierwszy i nie mają czasu ani chęci by przebijać się przez ponad cztery lata jej życia, autorka wielce uprzejmie zaprowadziła małe porządki i poopisywała różne etapy swej podróży (mas o menos). Niestety pomimo wrodzonej, bardzo żywej i absolutnie niezaprzeczalnej inteligencji, autorka charakteryzuje się debilizmem komputerowym, jak również przeraźliwym lenistwem, stąd brak w poniższym opisie linków. Ale bez tego państwo sobie pewnie i tak poradzą…

2008:
Grudzien
– Boliwia (Titicaca-Isla Del Sol, Sorata, La Paz, Salar De Uyuni, Sucre)
Listopad-Grudzien – Peru (Huaraz-Cordillera Blanca, Pisco-Islas Ballestas, Huacachina, Nazca, Arequipa-Colca Canyon, Cuzco-Machu Picchu)
Październik - Ekwador (Otovalo, Quito, Canoa, Puerto Lopez, Quilotoa Loop, Baños, Cuenca, Loja)
Wrzesień-sierpień – Kolumbia (Leticia, Bogota, San Gil, Taganga, Ciudade Perdida, Tyrona, Cartagena, Medellin, Salento, San Augustin)
Maj- sierpień – Brazylia (Salvador de Bahia, Lencois, Praia da Forte, Olinda, Recife, Praia da Pipa, Sao Luis, Atins-Lencois Maranheses-Barreirinhas, Amazonka – Belem, Manaus, Tabatinga)
Maj – Madryt (przez trzy bolesne dni)
Kwiecień-Maj: Polska (gościnne występy)
Styczeń – Marzec: Norwegia (brutalna proza życia, czyli zarabianie kasy na późniejsze ekscesy)

2007:
Październik-Grudzień:
Norwegia (patrz wyżej) plus w listopadzie dwie notki o deportacji z Tajlandii
Kwiecień-wrzesień: Indonezja (Sumatra, Java, Kalimantan, Bali, Gilis, Lombok, Flores), a w czerwcu krótka wizo-wizyta w Malezji (Borneo)
Marzec-kwiecień: Tajlandia (Bangkok, Ko Payam) i przez chwilę Malezja (Penang)
Luty-Marzec:  Birma (Rangun, Bagan, Mandalay, Bhamo, Khalaw, Inle Lake)
Styczeń-luty: Indie (Goa, Kalkuta)

2006:
Grudzień:
Goa
Listopad: Indie (Rajastan, Delhi)
Październik: Szkocja (czkawka po prozie życia), Polska, Indie (Gujarat-Ahmedabad i Diu)
Czerwiec-sierpień: Szkocja (trauma zarabiania kasy na późniejsze przyjemności)
Maj: Londyn
Styczeń-Maj: Goa

2005:
Grudzień:
Goa
Listopad: Polska
Październik: Indie (Kalkuta), Bangladesz (Dhaka)
Maj-wrzesień: Goa
Kwiecień: Indie (Kalkuta), Bangladesz (Dhaka)
Styczeń-Marzec: Goa

2004:
Październik-grudzień: Goa
Październik:  Sri Lanka
Wrzesień: Indie (Delhi, Agra, Kajuraho, Goa)
Sierpień: Goa
Lipiec: Indie (Masinagudi, Mysore, Hampi, Goa)
Czerwiec: Indie (Varkala, Allapuza, Kochi, Munnar, Ooty)
Maj-czerwiec: Sri Lanka (Unawatuna, Mirissa, Galle, Ella, Haputale, Nuwara Eliya,Kandy, Nilaveli, Jaffna, Colombo)
Kwiecień-Maj: Indie (Madras, Mamallapuram, Pondicherry, Auroville, Chidambaram, Tanjore, Trichy, Madurai, Trivandrum)
Styczeń-kwiecień: Polska (ostateczny krach systemu korporacji czyli proces odłączania się od Matrixa)

PS 1. Autorka z góry informuje, że wiele notek ma nikły walor informacyjny i często nie mają nic wspólnego z krajem w którym zostały napisane. Również wiele obserwacji i przemyśleń autorki na temat opisywanych kultur i miejsc uległo z czasem zmianie, co niekoniecznie zostało uwiecznione w późniejszych notkach.
PS 2. Autorka uprzejmie informuje, że ze względu na intensywne nadużywanie przez nią słów powszechnie i często niesłusznie uważanych za wulgarne, blog nie powinien być czytane przez osoby przesadnie wrażliwe bądź niepełnoletnie.


  • RSS